Jak dogi pojawiły się w moim życiu
O mojej pasji

Ponad 23 lata temu w moim domu miał pojawić się zupełnie inny pies. Marzyłam wtedy o nowofundlandzie z hodowli Wichrowe Łąki. Czekałam na szczenię od pięknej czarnej nowofunlandki, ale dwa krycia okazały się puste. Pomyślałam wtedy, że może po prostu nie jest mi to dane.
I właśnie wtedy moja córka nieśmiało zaproponowała:

Mamo, a może kupimy sobie doga?”

Spojrzałam na nią z ogromnym zdziwieniem. Dog niemiecki?
Przecież to wielki pies. Jak ja sobie poradzę z jego wychowaniem?
Jak wygląda codzienna opieka nad takim olbrzymem? Ile je? Jak się go prowadzi? Pytań było dużo.

Książka, która otworzyła mi oczy
I trochę też serce.

KSIĄŻKA DOGI NIEMIECKIE
Wiosną 2003 r zaczęłam więc szukać informacji.
To były jeszcze czasy, kiedy internet nie był dla nas codziennością, więc szukałam wiedzy w książkach  i tak trafiłam na publikację o dogach niemieckich autorstwa pani Małgorzaty Sowińskiej – hodowla Oregon.

I wtedy coś się zmieniło. Obawa zamieniła się w fascynację.
Zakochałam się w tej rasie – nie tylko w jej wyglądzie, ale przede wszystkim w charakterze dogów: w opowieściach o ich spokoju, dostojności, wrażliwości i niezwykłej więzi z człowiekiem.
Pojechałam do pani Małgosi, która wypuściła do ogrodu dwa potężne arlekiny. Widziały nas pierwszy raz, a potraktowały jak starych znajomych.
Były ogromne. Nigdy nie zapomnę tej wizyty…

Morgan – pies, który zmienił wszystko

Zadzwoniłam i dowiedziałam się, że planowany jest miot po włoskiej suce i holenderskim psie. Wtedy nie miałam jeszcze takiej wiedzy, jaką mam dziś. Nie wiedziałam, czym są świadome skojarzenia ani jak wiele znaczą linie, pochodzenie, geny, zdrowie, charakter i to, co szczenięta mogą odziedziczyć po rodzicach.
Zamówiłam suczkę arlekinkę.
Urodziła się jednak tylko jedna suczka, która była już zarezerwowana, oraz jeden czarny samiec. I właśnie ten czarny samiec, z imieniem na literę „M”, trafił do nas.
Tak 19.września 2003r pojawił się Morgan Oregon.
Był wspaniałym psem. Zrównoważonym, opanowanym i bardzo ze mną związanym. Kochał mnie w sposób, którego nie da się zamknąć w słowach. Rozumieliśmy się bez nich.

Był spełnieniem mojego marzenia o psim towarzyszu. O kimś bliskim. O przyjacielu, który daje poczucie bezpieczeństwa samą swoją obecnością i nie musi niczego udowadniać. Morgan nigdy nikomu się nie narzucał. Miał w sobie naturalną godność — był psim dżentelmenem w każdym calu. A jednak, kiedy było trzeba, potrafił postawić granicę tak wyraźnie, że nikt rozsądny nie odważyłby się jej przekroczyć.

Odszedł cicho, nocą, w wieku dziesięciu lat…
Moja rozpacz była ogromna. Przez długi czas nie potrafiłam nawet patrzeć na jego zdjęcia, gdyż każde z nich przypominało mi boleśnie, że już go nie ma.

I do dziś czasem myślę, że jeśli w życiu spotka się psa tak bliskiego sercu, trudno potem nie szukać choćby cienia tamtego uczucia — namiastki tego pierwszego, idealnego towarzysza. Bo choć dogi są olbrzymami, ich delikatność przypomina kruchość motyla.

Dogi niemieckie stały się częścią naszego życia

Od 2003r nieprzerwanie, dogi niemieckie mieszkają z nami i są częścią naszej rodziny.

Do Morgana po latach, dołączyła dorosła 5 letnia wtedy arlekinka Bawaria Oregon — suka o niezwykle silnym i zdecydowanym charakterze. Była jedyna w swoim rodzaju. Jasno wyznaczała granice i nie szukała przyjaźni wśród naszych pozostałych dziewczyn. Jej światem był syn — WIDAR. To jemu okazywała czułość, z nim spała i jemu wybaczała znacznie więcej niż komukolwiek innemu. Żyła najdłużej bo prawie 11 lat.
Widar Oregon był ukochanym psem mojego męża. Miał w sobie coś wyjątkowego — ogromną łagodność i cierpliwość wobec szczeniąt. Nie unikał ich, nie odsuwał się — przeciwnie, kładł się spokojnie obok i pozwalał im wspinać się po sobie, jakby rozumiał, że jego rolą jest opieka. Był prawdziwą „męską nianią”. Towarzyszył mężowi niemal wszędzie, oddany i wpatrzony w niego z bezgranicznym zaufaniem, jak wierny owczarek w swojego przewodnika. Jego nagłe odejście było dla nas ogromnym ciosem — podbiegł do bramy, przewrócił się i w jednej chwili zniknął z naszego świata.
Po blisko trzech latach los przyprowadził do nas jego brata — czarnego Wind of Change Oregon, który wrócił z Wielkiej Brytanii. Był zupełnie inny niż Widar. Niezależny, zdystansowany, a jednocześnie doskonale odnajdujący się w stadzie naszych trzech suk. Żył swoim rytmem — jadł, spacerował i czuwał nad naszym domem. Rzadko szczekał, lecz jego obecność budziła respekt. Był imponujący — mierzył metr w kłębie — a jego spokojna, nieruchoma sylwetka przy bramie wywoływała w obcych niepokój, a czasem nawet lęk. Tymczasem on po prostu trwał — cichy strażnik naszego świata. Odszedł dwa lata po bracie — zasnął spokojnie i już się nie obudził. Wierzę, że był u nas szczęśliwy.
Z czasem nasza rodzina powiększała się o kolejne dogi. W 2013 roku przyjechała do nas żółta Isia z Kuźni Napoleońskiej, z hodowli Joanny Mróz-Gabrysiak — córka dwóch Zwycięzców Świata. Była uosobieniem elegancji i piękna, a patrzenie na nią sprawiało prawdziwą przyjemność. Miała jednak charakter pełen przekory — była chyba najbardziej upartą dożycą, jaką znałam. Zawsze wybierała własną drogę. Gdy ją wołałam — nie przychodziła. Gdy pojawiali się goście — to właśnie ona była najgłośniejsza i najbardziej spragniona uwagi. Uwielbiała prowokować Bawarię, która szczerze jej nie znosiła. Za to z Wicherkiem stworzyła niezwykły duet — jej zaczepki były dla niego czystą radością, a ich relacja miała w sobie coś lekkiego i beztroskiego. Niestety, nie doczekaliśmy się po niej szczeniąt. W wieku siedmiu lat zabrał ją nowotwór kości.
Rok później, w 2014, dołączyła do nas pręgowana Jeżyna z Kuźni Napoleońskiej. Była spokojem i harmonią — suczką niezwykle zrównoważoną, jakby od początku wiedziała, czego się od niej oczekuje. Była „moja” — cicha, uważna, naturalnie posłuszna. Miała w sobie coś rozczulającego: na dźwięk wyciąganych tabletek natychmiast przybiegała i kładła się przede mną, jakby chciała powiedzieć: „już jestem, czekam”. Nigdy nie sprawiała problemów, niczego nie niszczyła… poza skarpetkami, które trzeba było przed nią starannie ukrywać. Potrafiła je przeżuwać z uporem, aż znikały — by później, w dość przewidywalny sposób, wrócić.
W 2017 roku, ze skojarzenia z hiszpańskim psem, przyszedł na świat miot „F”.
Z całej gromadki zostały z nami dwa pręgowane szczenięta — Flawia Lambox Poland, czyli nasza Lucynka, oraz jej brat Farciarz Lambox Poland.
Farcik był bratnią duszą mojej córki — łączyła ich więź głęboka, cicha i prawdziwa, podobna do tej, jaką ja kiedyś miałam z Morganem. Był jej światełkiem, aniołem w psiej skórze. Miał niezwykły charakter — łagodny, czysty, pozbawiony sprzeciwu czy cienia agresji. Na wszystko reagował radością, a gdy biegł na spacerze, jego ogon nie przestawał się poruszać, jakby każdy krok był dla niego powodem do szczęścia. Niestety, w wieku zaledwie siedmiu lat przegrał walkę ze skrętem żołądka.
Dziś Farcika nie ma już z nami, ale Lucynka nadal jest częścią naszej codzienności. Jest cichą, delikatną dziewczynką, która nigdy nie chciała nikomu sprawiać kłopotu. Zawsze miała w sobie coś subtelnego — taką spokojną obecność, która nie narzuca się światu, ale zawsze jest blisko.
Kiedyś była niezwykle czujna. Nic nie umykało jej uwadze. Najdrobniejszy ruch wśród drzew sprawiał, że zamierała jak posąg, a tylko delikatnym ruchem głowy wskazywała kierunek, w którym dostrzegła coś niepokojącego. Bardzo lubiłam nasze jesienne wyprawy na grzyby. Lucynka zawsze trzymała się blisko, nie podchodziła do obcych, była przewidywalna, posłuszna i całkowicie skupiona na swoim człowieku.

Nigdy nie zdecydowałam się na jej rozmnażanie. Dziś wiem, że była to słuszna decyzja. Około szóstego roku życia ujawniły się u niej choroby oczu — jaskra oraz PRA. Są to problemy, których nie chciałabym nigdy świadomie przekazać kolejnym pokoleniom.

Od trzech lat Lucynka jest niewidoma. Utrata wzroku zmieniła jej sposób poruszania się po świecie. Stała się jeszcze ostrożniejsza, a słuch przejął u niej bardzo ważną rolę. Mimo to w znanym sobie otoczeniu radzi sobie spokojnie i z godnością. Jej zaufanie, opanowanie i łagodność są niezwykłe.

Patrząc na Lucynkę, trudno uwierzyć, że ma już dziewięć lat. Nadal jest blisko nas — delikatna, wierna i mądra na swój cichy sposób. Taka, jak była zawsze. Tylko dziś patrzy na świat inaczej — nie oczami, lecz sercem, pamięcią i zaufaniem do tych, których kocha.
Rok 2021 miał wyglądać zupełnie inaczej.
Miała być pręgowana suczka. Plan był prosty, logiczny, przemyślany… ale życie, jak to u mnie, znów napisało własny scenariusz. I znów — zupełnie odwrotnie (dokładnie tak jak kiedyś z Morganem).

We wrześniu 2021 roku przyjechał do nas z Kuźni Napoleońskiej żółty chłopak — ROZMARYN. Szybko jednak stał się po prostu Mańkiem ( z Epoki Lodowcowej )

Już na starcie niósł ze sobą wyjątkową historię.
Jest synem MAJERANKA z Kuźni Napoleońskiej — najbardziej utytułowanego polskiego doga pręgowanego, Zwycięzcy Świata 2021 — oraz NADZIEI z Kuźni Napoleońskiej, żółtej suki o niezwykłej urodzie i klasie, Zwyciężczyni Świata 2024.

Można by długo wymieniać jego osiągnięcia — Championat Młodzieży, Championat Polski, Grand Championat, championaty innych krajów, tytuł Interchampiona…
I tak, to wszystko brzmi imponująco.

Ale prawda jest taka, że to tylko tło.

Bo najważniejsze jest to, jaki jest, kiedy zgasną światła wystawowego ringu.

A Rozmaryn to pies, którego nie da się nie lubić. Ciepły, stabilny, uważny. Taki, który po prostu jest obok — spokojnie, pewnie, bez chaosu. Lubi ludzi, dzieci, inne psy. Ma w sobie coś szlachetnego, coś spokojnie dystyngowanego, co sprawia, że nawet w tłumie nie trzeba go szukać — sam przyciąga uwagę. Na wystawach ludzie ustawiają się do niego niemal w kolejce, żeby zrobić sobie zdjęcie. Jakby wiedzieli, że mają do czynienia z kimś wyjątkowym.
A potem przyszedł rok 2024 — i razem z nim Hania.

Ukochana z Kuźni Napoleońskiej.
Siostrzenica Rozmaryna.
I zupełnie inna historia.

Tam, gdzie Maniek jest spokojem — ona jest ruchem.
Tam, gdzie on jest dystyngowany — ona jest żywiołem.

Od pierwszych dni było wiadomo, że w tym małym ciele mieszka coś więcej niż tylko „kolejny dog”. Hania to sprężyna. Czujna, szybka, zawsze obecna. W naszym lesie więcej w niej strażnika niż statecznej damy. Nic jej nie umyka. Nie ma w niej lęku — jest za to ciekawość świata i ogromna pewność siebie.

A przy tym niesie w sobie niezwykłe połączenie krwi — w jednej czwartej linie amerykańskie, które od lat przyciągały moją uwagę. W jej rodowodzie jest aż pięciu Zwycięzców Świata, a jej ojciec – SIR LANCELOT DU LAC — zdobył ten tytuł dwukrotnie.
I właśnie jego zobaczyłam na żywo.
Zagrzeb, 2024 rok. Światowa Wystawa.
Obok siebie stoją dwa psy:
ojciec Hani, SIR LANCELOT DU LAC, i NADZIEJA z Kuźni Napoleońskiej— matka Rozmaryna.
Oboje z rozetami Zwycięzców Świata 2024 !!
Para psów, których dzieci mam u siebie w domu.
I nagle wszystko się łączy. Linie, historie, decyzje sprzed lat. Patrzysz — i wiesz, że jesteś dokładnie tam, gdzie powinnaś być.

Lucynka, Hania, Maniek i codzienność z dogamiBo za tytułami, wystawami i rodowodami zawsze stoi zwykłe, codzienne życie z psem.

Codzienność z dogami to jednak nie tylko wystawy i rodowody.
To przede wszystkim życie w stadzie.
Zmieniające się relacje. Ciche zasady. Niewidzialna hierarchia. Momenty, kiedy ktoś odchodzi — i ktoś inny, zupełnie naturalnie, przejmuje rolę tego, który pilnuje porządku.

Kiedyś taką rolę miała Jeżyna.
Spokojna, zrównoważona, pewna siebie. Nie musiała używać siły — wystarczała jej obecność.
A jednak pamiętam sytuację, która pokazała, kim naprawdę była.
Wicherek — potężny samiec — warknął na jej syna. Jedna sekunda. Tyle wystarczyło.

Jeżyna ruszyła jak wystrzelona kula armatnia. Chwyciła go za kark i powaliła na ziemię. Do dziś nie wiem, skąd wzięła tę siłę. Ale od tamtej chwili wszystko było jasne. Wicherek już nigdy nie przekroczył tej granicy.

Takich historii nazbierało się przez lata wiele.
Bo kiedy żyjesz z dogami, nie da się żyć „obok”. Zawsze jesteś w środku tej opowieści.
Był czas, kiedy w domu było ich sześć. Dziś są trzy.
Lucynka — dziewięcioletnia weteranka,
Hania — dwuletnia energia w czystej postaci,
i Maniek — pięcioletni filar spokoju.

Życie jest teraz spokojniejsze. Poukładane. Każdy zna swoje miejsce.
I choć między suczkami nigdy nie widziałam prawdziwych konfliktów, to między samcami bywało różnie. To jedna z tych lekcji, których nie uczą w książkach — trzeba je po prostu przeżyć.

Są też codzienne drobiazgi. Na przykład zasada: nie karmimy przy stole.
Zasada, która działała latami. Niezawodnie.

Aż pojawiła się Hania.
Potrafi pojawić się obok człowieka tak cicho, niczym dych… Staje, patrzy, czasem delikatnie dotyka nosem. Nie narzuca się. Nie szczeka. Po prostu jest. Jakby mówiła: „ja tu tylko na chwilę… tak przypominam”.
I człowiek przegrywa. Za każdym razem.

Oczywiście, są też mniej romantyczne aspekty życia z dogami. Ślina. Wszędzie.
Zwłaszcza gdy emocje biorą górę albo gdy piją wodę. Jeśli nie zdążysz – masz ją na ścianach, podłodze, ubraniu. To część tego świata.

Choć… nie do końca. Bo Hania się nie ślini.
Do dziś nie wiem, czy to kwestia ślinianek czy krótszych fafli – pewnie wszystkiego po trochu. Jej głowa jest trochę inna, bardziej „amerykańska”. I choć może nie zawsze wpisuje się w klasyczne wyobrażenie sędziów, dla mnie jest po prostu piękna.

Czasem myślę, że jedyną rzeczą, której nie da się w tym wszystkim zaakceptować, jest czas. Dogi odchodzą za szybko.
Każda choroba, każde pożegnanie zostawia ślad, który nie znika. I za każdym razem mówię sobie to samo – że to już ostatni raz. Że nie będę przechodzić przez to znowu.

A potem mija czas… i znów patrzę w oczy kolejnego doga.
I wiem, że nie umiałabym inaczej.

Bo życie z nimi to coś więcej niż codzienność. To przywilej.
Żyć obok tych olbrzymów o delikatności motyla.